Strona głównaProduktyO firmieSerwisKontakt
Chińskie firmy

Kolektory i turbiny z Chin

Pekin z 15 innymi chińskimi miastami znalazł się w dwudziestce najbardziej zanieczyszczonych aglomeracji świata. Nic dziwnego, skoro przez ostatnie 30 lat chińska gospodarka rozwijała się w rekordowym tempie między innymi dzięki przejmowaniu brudnego przemysłu, którego pozbywał się Zachód. Ekologią nikt się nie przejmował, bo zgodnie z filozofią Mao Zedonga człowiek ma sobie podporządkowywać przyrodę, a nie na odwrót. W efekcie Chiny stały się największym trucicielem i pochłaniaczem energii na świecie, w większości pochodzącej z węgla. Co nie przeszkodziło im zostać światową potęgą na rynku czystej energii.

Na początku kwietnia Światowe Forum Ekonomiczne opublikowało raport, z którego wynika, że pod koniec ubiegłego roku Chińczycy zajęli pierwsze miejsce w produkcji instalacji do wytwarzania energii odnawialnej, czyli pochodzącej głównie z wiatru i słońca. Na azjatyckiego tygrysa przypadła ponad jedna piąta ubiegłorocznych światowych inwestycji w tej branży, które przekroczyły 240 mld dolarów. Państwo Środka prześcignęło w ten sposób dotychczasowych liderów – USA i kraje unijne, głównie Niemcy i Hiszpanię.



– Nie można się bogacić, produkując skarpety czy zabawki. Chiny ominęła rewolucja komputerowa, ale rynku czystej energii już nie odpuszczą – przepowiadał niemal dwa lata temu Lin Jiang, dyrektor chińskiego programu zrównoważonej energii w Fundacji Energetycznej z San Francisco.


Normy energetyczne i ograniczenia emisji, z których najostrzejsze narzuciła sobie Unia Europejska, oraz panika po zawirowaniach na rynku ropy przyspieszyły rozwój energetyki odnawialnej na świecie. Tylko w zeszłym roku inwestycje w tej dziedzinie wzrosły o 30 procent, głównie dzięki napędowi państwowych dopłat. W ciągu dwóch ostatnich lat rządy wysupłały na wspieranie zielonej energii co najmniej 190 mld dolarów. Niemcy już w 2004 r. wprowadzili 20-letnie wsparcie finansowe instalacji słonecznych. Ich śladem poszły m.in. Hiszpania, Francja, Grecja i Portugalia. Systemy stymulujące popyt na energię odnawialną funkcjonują praktycznie w każdym kraju unijnym, więc na potęgę stawia się w nich farmy wiatrowe lub słoneczne, z czego masowo korzystają chińscy producenci.

Budowa ekopotęgi Państwa Środka zaczęła się od blokowania przez komunistyczne władze międzynarodowych umów, które miały zmusić wszystkie kraje do ograniczania emisji. Argument: kiedyś wy się rozwijaliście, trując do woli, teraz dajcie się rozwijać nam – okazał się nie do przejścia. Na grudniowym szczycie klimatycznym w Cancún premier Wen Jiabao na propozycje konkretnych zobowiązań kręcił tylko głową i mówił: „Chińczycy nie lubią mówić o liczbach”. Ale liczby mówią za nich.

Na mocy protokołu z Kioto z 1997 r. (międzynarodowe porozumienie dotyczące przeciwdziałania globalnemu ociepleniu) kraje rozwinięte wpompowały już w Państwo Środka kilka miliardów dolarów na „oczyszczanie procesów przemysłowych i budowanie infrastruktury do wytwarzania czystej energii”. Tyle że nurt rzeki pieniędzy, która miała płynąć do niemieckich czy amerykańskich gigantów ekologicznych technologii, szybko odwrócił się w stronę chińskich naśladowców.

Z ledwie paroletnim doświadczeniem w produkcji turbin wiatrowych i kolektorów słonecznych zajęli już ponad połowę globalnego rynku. Naturalnie dzięki kopiowaniu technologii wykradzionych z zagranicznych koncernów. Te ostatnie, jeśli chciały w Chinach robić projekty bądź uruchomić produkcję, wpuszczano pod warunkiem, że wejdą w joint venture z rodzimymi firmami, które zdobywały w ten sposób know-how i hojność swoich władz łamiących lekką ręką zasady Światowej Organizacji Handlu (WTO). Subsydia eksportowe pomogły chińskim debiutantom błyskawicznie wejść na zaawansowane technologicznie rynki.

Protesty członków WTO nie miałyby sensu, bo Chińczycy mają monopol na wydobycie metali rzadkich, niezbędnych do produkcji m.in. turbin wiatrowych, samochodów hybrydowych czy elektroniki. Pierwszy raz Chiny postraszyły w październiku ubiegłego roku: wprowadziły embargo na eksport cennych pierwiastków do Japonii, USA i Europy, tłumacząc się wzrostem zapotrzebowania krajowego.

– Wojna jest z góry przegrana, bo chińskie komponenty wiatraków czy paneli fotowoltaicznych są nawet trzykrotnie tańsze od sprzętu z Niemiec czy Hiszpanii – twierdzi Piotr Jabłoński, prezes firmy Sino Trade importującej do Polski sprzęt do instalacji energetycznych.

Takie różnice skłaniają inwestorów do zakupu elektrowni chińskich, nawet jeśli są gorszej jakości. Zwłaszcza że i nad nią Chińczycy pracują, zdobywając europejskie certyfikaty. W światowej czołówce producentów turbin wiatrowych tamtejsze firmy Sinovel, Goldwing, United Power i Dongfang Electric zajmują już cztery z dziesięciu pierwszych  miejsc, a na liście najbogatszych „Forbesa” z branży energetyki odnawialnej przewijają się głównie chińskie nazwiska. Najbogatszy – Zhu Gong Shan, zarobił już prawie 2,5 mld dol. na systemach fotowoltaicznych. Niedawno podpisał kontrakt na sześć nowych farm wiatrowych w USA, gdzie jego firma GCL-Poly Energy ulokowała centrum badawcze.

Chińska inwazja technologiczna w tej dziedzinie dotarła również do Polski.

– Chińczycy wyspecjalizowali się w tzw. próżniowych kolektorach słonecznych, które w Polsce stanowią ok. 30 proc. rynku. Na rynku małych elektrowni wiatrowych udział produktów chińskich to 20 proc., ale biorąc pod uwagę liczbę urządzeń zainstalowanych na bazie ich komponentów, to już około 80 proc. rynku – szacuje Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej. W lutym szefowie Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej chwalili się, że wśród potencjalnych inwestorów w strefie najwięcej jest chińskich producentów turbin wiatrowych i paneli słonecznych – Zhongyi Group, Envision czy SunTechPower Holdings.

Wprawdzie rządy unijne, obarczone gigantycznymi deficytami, zapowiadają przykręcenie kurka z pieniędzmi dla producentów czystej energii, ale Chińczycy to, czego nie sprzedadzą innym, wykorzystają u siebie. Chińska Państwowa Agencja Ochrony Środowiska przyznała, że zatrucie wody i środowiska kosztuje kraj utratę 8–15 proc. dochodu narodowego rocznie. Władze zaczęły więc same nakładać sobie ekologiczny kaganiec. Jednym z celów ostatniego planu pięcioletniego było zmniejszenie do końca zeszłego roku energochłonności gospodarki (zużycia energii na jednostkę PKB) o jedną piątą. Nie wiadomo jeszcze, czy udało się ten cel w całości zrealizować, ale Chiny i tak są na lepszej drodze niż konkurenci. W zeszłym roku prześcignęły USA w światowej czołówce instalowanej mocy energetyki wiatrowej.

Z nowej, ogłoszonej w marcu „pięciolatki” wynika, że za cztery lata Chińczycy ograniczą emisję dwutlenku węgla o 17 proc., a energochłonność o 16 procent. W ciągu ostatnich trzech lat zamknęli elektrownie węglowe o większej mocy, niż wynosi całkowita wydajność energetyczna Australii. Jak tak dalej pójdzie, na następnym szczycie klimatycznym to Państwo Środka wymusi na innych krajach przyjęcie konkretnych ograniczeń emisji, co nie udało się w Cancún.

 
© 2010 CMGP Grupa Sp. z o.o. - all Rights Reserved.
Wykonanie: Agencja interaktywna WebPress
Link 1 | Link 2 | Link 3 | Link 4
Partnerzy: Szkolenia | Projekt domu | Komis suknie ślubne | Pozycjonowanie Warszawa | Sklep dla dzieci